Społecznik z wyboru – pamięci Stefana Bratkowskiego

Udostępnij strone

Stanisław Mocek, socjolog, medioznawca, rektor Collegium Civitas
 

Nie ma w czasach popkultury cyfrowej dobrego określenia na kogoś, kto ma gen działania, wrażliwość społeczną i kim kieruje troska o innych. Społecznik, aktywista, działacz – wszystko to brzmi albo nieco anachronicznie, albo negatywnie kojarzy się z okresem błędów i wypaczeń.  A Stefan Bratkowski był społecznikiem z krwi i kości. Jego postawa w trakcie całego życia wyrastała z nurtu zapomnianego już polskiego pozytywizmu i inteligencji, która nadawała ton nie tylko nowoczesnym prądom ideowym, ale także służyła upowszechnianiu i propagowaniu przedsiębiorczości i samorządowości oraz wiedzy o gospodarowaniu i samoorganizacji, która tak przydała się podczas wkraczania na drogę wolnorynkowej demokracji po 1989 roku.

Osobiście usłyszałem o Stefanie Bratkowskim w dzieciństwie, kiedy na przykładzie naszej rodziny widziałem, jak pomógł w znalezieniu pracy tym, którzy ucierpieli w wyniku wydarzeń 1968 roku. Potem skojarzyłem to nazwisko, kiedy w czasach „Solidarności” Stefan został prezesem odzyskującego niezależność od władzy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, a potem kierował nim nielegalnie w stanie wojennym i już znowu legalnie, ale już w innej rzeczywistości w 1989 roku. Był już dla mnie więc postacią niezwykłą, kiedy poznaliśmy się w latach 90., a potem konsultowałem z nim swoją książkę „Dziennikarze po komunizmie” i pomagaliśmy sobie w sprawach akademickich.

Od wtedy też Stefan stał się dla mnie najbardziej charakterystycznym przykładem społecznie zaangażowanego dziennikarza, który dąży do instytucjonalizacji swoich pomysłów. A miał w tym doświadczenie wszechstronne, bo był i redaktorem niezwykłego na owe czasy (w 1970 roku) dodatku „Życie i Nowoczesność” do „Życia Warszawy”, a potem w 1978 roku współorganizował – a w 2007 roku reaktywował – Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”, wydające ważne raporty o stanie państwa, gospodarki i społeczeństwa. Mało kto pamięta, że przez lata 80. realizował „Gazetę Dźwiękową”, co było ewenementem w skali całego regionu, a być może i świata. Z kolei w 1989 współorganizował „Gazetę Wyborczą” i był wśród założycieli przedsiębiorstwa Agora. Potem krótko był felietonistą tygodnika „Computerworld”, a następnie publicystą „Rzeczpospolitej”, a ostatnio społecznym redaktorem niezależnego portalu publicystycznego „Studio Opinii”. Bo niezależnie od tego, że to sam Stefan był instytucją, miał świadomość potrzeby tworzenia bytów, które są trwalsze niż życie pojedynczego, nawet najbardziej twórczego człowieka. Był wulkanem aktywności, którą zarażał wszystkich dookoła siebie. I to bez względu na mniej lub bardziej sprzyjające ku temu okoliczności. Wcześniej te w formie komunistycznej propagandy i opresji, a obecnie populistycznych i autorytarnych zapędów władzy, która niszczy demokrację i przez to nas wszystkich.

Bogdan Miś napisał po odejściu Stefana znakomity tekst pod niezwykle trafnym tytułem: „Gdyby Stefana Bratkowskiego nie było na świecie, obowiązkowo trzeba by go było wymyślić”. I to jest prawda, bo jego życiorys jest materiałem na film, podobny do tego, którego sam niegdyś był współscenarzystą – serialu o rodzeniu się przedsiębiorczości Polaków w niesprzyjających, a czasami wręcz wrogich warunkach.

 

 

Tekst ukazał się w wydaniu papierowym „Polska Times” z dnia 23.04.2021 r.

Wydanie jest również dostępne w wersji elektronicznej na stronie: https://plus.polskatimes.pl/wykup-dostep/